Najcudowniejsi ludzie świata

Mieszkają na Służewcu w bloku. Wszystko wokół nich czyściutkie, porządniutkie. Oboje uśmiechnięci od ucha do ucha, serdeczni. Jakby czekali na gości. Witają mnie od windy. Władek wita się szarmancko, prowadzi do wnętrza, gdzie czeka na nas Irena, elegancko wycofana, cała wyszykowana. Wszystko jak trzeba.

Włodek jest urodzonym tancerzem. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Na stoliku czekają na nas racuchy, pięknie zaaranżowane talerzyki, widelczyki i wszystko. Jak miło! Irena idzie do kuchni robić kawę, Włądek zabawia nas rozmową. Co on ma za uśmiech, jak pragnę zdrowia! taki uśmiech to kosztuje majątek. Częstuje nas tym uśmiechem szczodrze, a w jego oczach ani na chwilę nie pojawia się zmieszanie. O smutku nie ma mowy. Wspaniały warszawski bawidamek, podrywacz, amant! Stara szkoła!

Pani Irena. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

– Ja po prostu uwielbiam kwiaty – mówi. – Wszędzie je mam! I na działce i na balkonie.

Na to ona wchodzi i dorzuca: Dwa tygodnie temu to tak nam róże na działce kwitły, że aż się popłakałam ze wzruszenia, jak to zobaczyłam… jak w raju!

Na ścianach obrazki. Sceny zimowe, stylizacje na Chełmońskiego, bardzo przyzwoite.

– My zimy nie lubimy! Och, jeszcze jak nie lubimy! – śmieją się oboje. W mieszkaniu więcej jest takich mikro-aranżacji, małych sytuacji, zakomponowanych bardzo precyzyjnie i z rozmysłem. Urzeka mnie sytuacja łazienkowa. Biegnę z aparatem, żeby sfotografować. Władek się śmieje: patrz! leci nam łazienkę fotografować!

Kawa już stoi, zasiadamy sobie do racuchów i gawędy. Co z tego przywołać? Tyle tu informacji, anegdot, dygresji, że wszystkiego się nie da! Muszę wybierać. No ale zacznijmy od czegoś nagłego: pytam, ile lat są po ślubie, sądząc, że usłyszę 20, 30, a tu pada…

– Trzy lata.

– Trzy lata!? Jak to trzy lata!? Żarty sobie robicie?

Irena i Władek razem. Zawsze uśmiechnięci. Pokolenie 1600. Foto: Rafał Betlejewski

Irena tłumaczy, że tak, że trzy lata, bo wcześniej oboje byli żonaci i mężaci z kimś innym. Ale jak im partnerzy poumierali, to sobie przypomnieli o starej miłości, która zaczęła się 20 lat wcześniej. I przetrwała.

A to pięknie, myślę. Nowożeńcy. Władek nie może rąk przy sobie utrzymać i nie na swoim kolanie je ciągle odnajduje.

– Nie kłócimy się, szanujemy się, we wszystkim staramy się sobie pomagać – mówi ona.

– Tak, może to kwestia wieku, ale dziś wiemy, że kłótnie to strata czasu, że nie ma się o co kłócić – mówi on – Nie wiadomo, ile nam tych dni jeszcze zostało. Szkoda to marnować. Człowiek wie, że nie ma co ostro stawiać spraw, bo sam może się mylić…

– No i mamy wspólne zainteresowania – mówi ona.

– A jakie – pytam. A on wypala: lubimy tańczyć!

Lubią tańczyć!

– No tak, lubimy tańczyć. Potrafimy przetańczyć czasami całą noc.

– Gdzie!? – pytam, bo sam nie wiem, gdzie w Warszawie można całą noc przetańczyć, jeśli nie chce się być zadeptanym przez licealistki, oblanym modżajto i ogłuszonym elektrobitem. Nie wiem, gdzie bym poszedł z panną po-tań-czyć…

– A czasami nawet tu, w domu. Władziu nastawia jakąś płytę i tańczymy. A czasami zięć z żoną się dołączają.

– Winko można sobie wypić, a jak! – mówi Władek i puszcza oko. A potem z kamienną twarzą dodaje: nawet lekarz mówi, że lampka dobra na zdrowie. Serce wspomaga. Mężczyzna to może nawet dwie wypić, a kobieta jedną. Choćby i codziennie!

Ale ona go za to karci, że to już alkoholizm.

– Lubimy spacerować razem (rzeczywiście, jak potem idziemy na bazarek oni idą za rękę), oglądamy razem filmy, dbamy o działkę…

– Uwielbiamy śniadania jeść razem – wtrąca się on. – Robimy takie, można powiedzieć, bukiety warzywne, gdzie jest wszystko: i sałata i marchewka, kalarepka, pomidorek. A tylko jedna kromka chleba…

– Bo chleb to wiadomo cukier – wtrąca się ona – a tu trzeba uważać na sylwetkę i chodzi o to, żeby organizmowi jak najwięcej witamin dostarczyć. No i ruszamy się.

– Człowiek taką działkę zgoli z trawy, to się porusza! – wtrąca się on.

– Mnie potem krzyż boli, że nie mogę siedzieć… – dopowiada ona.

No i na to oboje namawiają nas na te racuszki. Ja zjadam pół, Martyna odmawia ze względu na aparat na zębach. Dobry ten racuszek, nie ma co! Przełykam i pytam:

– A sens? Jaki życie ma sens?

A on na to: Że jest się blisko… tej innej osoby, rodziny… sens życia nie zawiera się w czterech ścianach… życie samo w sobie… nie nie wiem…

A ona na to: My mamy taką panią Madzię Wiśniewską, złotą kobietę, która nam tu w bloku klub seniora organizuje i tam można pójść pogadać o sprawach seniorów, spotkać się z kimś znanym…

– No i potańczyć! – wyrywa się on.

Irena i Władek razem na kanapie. Pokolenie 1600. Foto: Rafał Betlejewski

– A jaki to podrywacz! – wykrzykuje ona. I śmieje się. Pięknie się śmieje. – Ja to czasem jestem zazdrosna…

A Władek na Martynę się gapi i niekoniecznie w oczy. I macha ręką… – e tam – mówi – czy jak mężczyzna zauważy, że kobieta ładna, to od razu zdradził?

Wszyscy czworo zgadzamy się, że nie.

– No i trzeba uważać, żeby przed pierwszym bez pieniędzy nie zostać. Żeby zawsze coś tam mieć – mówi Władek i się śmieje.

No i żeby tańczyć. Tańczyć całą noc…

(Visited 52 times, 1 visits today)