Alicja od Aniołów i Filip

Alicja. Kobieta od aniołów. A może kobieta anioł? Wchodzę, rozglądam się, patrzę. Wszystko czyściutko, ładnie. A ona chwyta mnie za rękę i zaczyna wróżyć.

– O, linię talentu ma pan bardzo silną. I energię leczniczą. Tylko niech się pan tak nie otwiera na ludzi, bo pana zjedzą.

– Już mnie chyba zjedli – mówię, a ciarki mi chodzą – Już…

Pani Alicja i Anioł. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Ale i ja patrzę na jej ręce – boże, jakie piękne. Obciągnięte pergaminową skórą, niemalże widać ścięgna i kości. Sieć niebieskich żyłek. To ręce Anioła.

– Wierzy pani w Boga? – pytam. Patrzy na mnie trochę jakby nie rozumiała pytania.

– Jak to w Boga!?

– No w Boga – pytam.

– A, że w Boga! No tak, oczywiście, w naszego, chrześcijańskiego Boga wierzę. I chody u niego mam! A jak! Tak mi ksiądz mówi. Ciągle z czyimiś prośbami przychodzę i coś u niego wypraszam. I wiem, że mam chody. Niech pan nie myśli, że jak ja panu z ręki wróżę, albo książki o szyszynce w mózgu pokazuję, to ja w Boga nie wierzę. Nawet księdzu te książki zanoszę. Bo tak uważam, że człowiek musi najpierw wiedzieć, zanim coś odrzuci.

Alicja i Filip. Aleksandra śpiewa. Pokolenie1600. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

– Wokół mnie ciągle pełno ludzi. Przychodzą porozmawiać, poradzić się. Chociaż ja nie jestem taka radczyni, ale zawsze pogadam, posłucham. Lubię ludzi.

I rzeczywiście, co chwilę telefon dzwoni, Alicja musi odbierać, przepraszać, że teraz nie może rozmawiać, bo gości ma. Ci goście to my. Z radia. Z Pokolenia. Nagle nawet dzwonek do drzwi się rozlega i w korytarzu starszy pan się pojawia.

– To Ignaś – wyjaśnia Alicja i do niego: Idź Ignaś sam, ja mam gości. Mleka nie kupuj, mam.

Opowiada nam potem o Ignasiu i jak wnuka stracił, bo chłopak źle był leczony i córce Ignasia na rękach umarł. 23 lata miał. Piękny, duży i zdolny. Alicji głos się łamie. A Ignaś to Sybirak. Niezwykłe wspomnienia ma, straszne przeżycia.

Oglądamy półki, ściany. A tam dużo obrazków, roślinek. W gablotce filiżanki stoją. Alicja pokazuje co jest co, o wszystkim coś powie, wszystko się z czymś wiąże, ma jakieś własne życie. Wszystko otoczone opieką, nic nie pozostawione byle jak, samo sobie.

Nagle pada imię: Edziu.

– Kim był Edziu? – pytam.

Edziu… kim mógł być Edziu… no kim? pomyśl matołku…

– Wszyscy mi tego Edzia zazdroszczą – mówi. – Taki dobry to człowiek był. Ale Edziu był tylko jeden. Pięć lat jak odszedł, a tęsknota nie znika. Nie zmniejsza się. Na serce…

Dzwoni telefon. Nie, teraz Alicja nie może koleżance poradzić, bo ma gości.

Wracamy do Edzia. Edziu był kimś. Wielkie chłopisko, prawie dwa metry. A ona mała.

– To był taki człowiek, że tyłem się mogłam do niego odwrócić…

– Co to znaczy? – pytam.

– To znaczy, że mogłam mu zaufać, wiedziałam, że nie skrzywdzi. Czterdzieści przeszło lat byliśmy ze sobą. Teraz ciężko zapomnieć. Wczoraj miałam taki dzień do tyłu, bo w szafce mi się drzwiczki obluzowały i musiałam w tej szafce porządek zrobić. A tam tyle rzeczy po nim… Kiedyś dałam Edziowi taki medalik z Lurt. Nie miał go jak nosić, bo na szyi mu zawadzał, więc ja mu go zaszyłam w takiej okładce do legitymacji. I wczoraj ten medalik wypadł…

Stara kobieta siedzi na oparciu sofy. Nad nią krzyż.

Alicja na sofie. Pokolenie1600. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Myślę sobie, wyobrażam. Widzę ją przeglądającą szpargały po Edziu i jakoś słabo mi się robi. Wszystko to rozsypane po podłodze, cała przeszłość, cała miłość i ona w tym… Jakoś nie mogę już pytać o Edzia. Wszystko wiem. Nic tu już nie jest tajemnicą, słowa będą tylko jątrzyć. Zmieniam więc temat i pytam: a właściwie ile pani ma na miesiąc, żeby się utrzymać?

A ona otrząsa się, łzę ociera i mówi, że tysiąc.

– Tysiąc!?

– No tysiąc… tylko że ja jeszcze za ten tysiąc muszą synowi pomóc, bo mu żona uciekła i został sam z dzieckiem. Razem z tego tysiąca gospodarujemy.

Razem?

– A jeszcze ortopedę mam, bo operację miałam i muszę na zabiegi chodzić. Tu na Szaserów.

Co ona je!? Jak żyje!? Ale mówi, że niewiele je, bo nie lubi. Bo całe życie była gruba i się odchudzała. Często wolała wypluć, niż przełknąć, więc teraz na diecie jest wreszcie i nie je dużo. Albo nic. Myśli też, żeby mieszkanie zmienić na kawalerkę, bo po co jej takie duże. Pieniądze z zamiany będą.

– Ale pan ma naprawdę dobrą energię, bo przy niektórych ludziach to Filip łazi, rzuca się drapie, a przy panu zniknął…

A prawda, był kot. Korzystam z chwili rozluźnienia, żeby pochodzić, poprzyglądać się, zdjęcie zrobić i tego kota szukam przy okazji. Ale nie ma go nigdzie. Tu zaglądam, tam zaglądam – nic. U niego go nie ma, na łóżkach go nie ma. Do toalety wchodzę… patrzę… a tu jest! Gapi się z miski. He he! A takie ślipia ma, taki pysk przebrzydły, jak Garfild. Widać, kot spryciula, król na salonie. Drapnąć potrafi, jak mu coś nie podejdzie.

Magiczny to domek. Magiczny kot. Niedługo pójdzie na zamianę na kawalerkę…

(Visited 223 times, 1 visits today)